czwartek, 3 listopada 2011

pierwszy piorytet obrany serca bitem


wczoraj odbyła się chyba pierwsza rozmowa, w której to ja słuchałam rad, a nie sama je dawałam. zazwyczaj to ja robię za pomoc. ok, nie jestem w potrzebie pierwszy raz i na pewno nie po raz ostatni, ale zawsze w większości radziłam sobie z problemem sama, tylko najwyżej rozważałam sugestie innych, ale w efekcie to samodzielnie wybierałam według mnie właściwą drogę. tym razem zostałam w kropce. może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, bo są jakieś alternatywy, ale po uświadomieniu mi parę spraw przez mordeczkę zrozumiałam, że teraz nie mogę się dać pochłonąć temu chaosowi w mojej głowie, ale muszę się stosować do wskazówek mojego prywatnego mordeczkowego psychologa. przede mną ciężkie zadanie. szansa, że osiągnę cel jest znikoma, ale muszę się jej trzymać, choć niezbyt wierzę w zwycięstwo. wiem, że warunkiem powodzenia jest optymizm, jednak w tym przypadku to nie ma za bałdzo odniesienia do rzeczywistości, bo sprawa jest delikatna i przepełniona cząstką mnie i trzeba tą cząstkę zniszczyć. to wszystko traktuję jak jakąś bitwę czy coś, a tak naprawdę to odbędzie się tylko w moim umyśle. muszę zmienić nastawienie.

czwartek w szkole całkiem nieźle, wpadło parę dobrych ocen, boję się tylko, że jutro będzie odwrotnie, a to całkiem możliwe. no ale przynajmniej będzie piątek, nie obchodzi mnie żaden inny wątek, w ten dzień zaczyna się chillout'u początek.