środa, 2 listopada 2011

sierra leone


weekendy tak krótko mijają, a te całe dni robocze strasznie się dłużą. szkoła jest okropna, nauka, użeraranie się z większością nauczycieli, wstawanie rano, zakaz opuszczania budynku i przeludnienie na przerwach, nie cierpię. dalszą część wczorajszego wtorku poświęciłam na dokończenie trylogii władcy pierścieni (jak o tym nawet teraz pomyślę to gra mi w głowie główny motyw muzyczny czy coś z tego), trochę n a cmentarzach, trochę z czeską u braucia, no zleciało. jak wróciłam nie miałam czasu prawie na nic, szybko się spakowałam i wykąpałam i w końcu spać. taka jestem ostatnio wiecznie zmęczona... serio, jakieś osłabienie. no ale każdy zna to uczucie kiedy jest strasznie padnięty i kładzie się do łóżka. ulga. ja tak mam za każdym razem jak lecę ziuziu. no ale długo nie pośpię, bo późno zasypiam i rano trzeba wstać. milusio.

środa filmowo znów. (; 

______________________________________

to takie smutne, kiedy człowiek czeka na coś co nigdy nie nadejdzie. nie da rady po prostu tego puścić w niepamięć. w ogóle nie można sobie dać z tym spokoju. nigdy. dzień w dzień jest to samo. jedno niespełnione marzenie, tyle razy było blisko spełnienia go, ale za każdym razem nie wychodzi. już zawsze będzie mnie to prześladować, tak bardzo chce zapomnieć i po prostu pieprzyć to wszystko, bo innego sposobu raczej nie ma, a to dość dziwne.

przed chwilą przejrzałam parę postów z czerwca... kijowo się teraz czuje, no bo.... boże ale wtedy było zajebiście, o niebo lepiej od mojej dzisiejszej sytuacji. bardzo chciałabym wrócić do tamtych czasów, choć też nie były zupełnie idealne, to biją na głowę teraźniejsze wydarzenia ;(